poniedziałek, 30 listopada 2015

Strata, samotność i alkohol.

- Znowu pije w samotności.- spojrzałem z obrzydzeniem w kieliszek i na swoje roztrzęsione z bezsilności dłonie. Chwyciłem szybko już do połowy opróżnioną butelkę czystej i wziąłem jeden duży łyk. Poczułem gorycz rozpływającą się w gardle. Słodką gorycz, która zabijała poczucie winy.
Znalazłem się ponownie w miejscu, którego chciałem uniknąć. W pustym mieszkaniu. Przy zgaszonym świetle, z flaszką żalu w ręku. Pozwalałem rozstąpić się ciemności tylko na chwilę gdy dwa razy uderzałem w dotykowy ekran telefonu.
Sprawdzałem czy nie przegapiłem wiadomości od niej. Dziś mija dokładnie rok. Rok od kiedy mnie zostawiła. W momencie gdy ja miałem już w kieszeni pierścionek. Planowałem ten wieczór tygodniami. Ćwiczyłem przed lustrem jak mam Ci się oświadczyć.
- Marry, jesteś miłością mojego życia... Nie, nie to zbyt banalne... Marry, pamiętam pierwszy raz gdy Cię ujrzałem...
- John! Wróciłam! - przerwał mi nagle jej piękny i zawsze radosny głos. - Pomożesz mi z obiadem?
- Już idę kochanie! - odkrzyknąłem i pospiesznie schowałem pierścionek do małej kieszonki w jeansach. Schodząc na dół miałem na twarzy uśmiech od ucha do ucha.
Byłem tak podekscytowany całą sytuacją. Spełniało się moje marzenie! Mam kochającą mnie dziewczynę, na prawdę fajny domek jednorodzinny i wymarzoną knajpę na mieście, która przynosiła świetne zyski.
- Co dziś gotujemy? - zaszedłem ją od tyłu, przytuliłem i pocałowałem w policzek.
- Ktoś tu jest chyba bardzo głodny, co?
- Jak wilk! Hauuuu! - głośno zawyłem jak wilk do księżyca.
- Głupek! - uderzyła mnie pieszczotliwie w ramie, pocałowała namiętnie i dodała - Lepiej zajmij się obieraniem cebuli mój Wilczku.
- No nieeee. I znowu będziesz mi mówiła, że nie jestem prawdziwym facetem? Bo prawdziwego faceta byle cebula nie doprowadzi do płaczu? - zapytałem z udawanym przekąsem.
- Jeśli jesteś głodny to nie marudź tylko zabieraj się za obieranie i krojenie cebuli, bekso. - zakończyła z pięknym sarkastycznym uśmiechem, który mógłby być jej wizytówką. To i kręcenie loczka gdy była dla kogoś wredna.
Ze wspomnień wyrwał mnie telefon. Oczy przyzwyczaiły się do totalnej ciemności, więc nagle rozświetlony ekran telefonu mnie oślepił na parę sekund. Przez łzy próbowałem sprawdzić powód pobudzenia mojej małej elektronicznej koleżanki. Gdy zrozumiałem, że potrzeba chwili na przyzwyczajenie wzroku do światła by cokolwiek zobaczyć bezwiednie ściągnąłem następny duży łyk wódki. Gorycz z każdym następnym łykiem była coraz przyjemniejsza.
Spojrzałem na telefon i zauważyłem wiadomość od starego przyjaciela.
"Jeremy pisze: Stary co się z tobą dzieje? Gdzie ty się podziewasz? Od dwóch miesięcy nie ma z Tobą kontaktu. Ja wiem, że ciężko Ci się pogodzić z jej stratą ale musisz zacząć od nowa żyć! Czekamy na Ciebie z chłopakami w "Armagedonie". Chyba jeszcze pamiętasz, no nie? Twój pub który miałem prowadzić za Ciebie ale tylko przez miesiąc? Przypominam, że minęło ich około 8 od kiedy go przejąłem, a Ty już nawet nie odbierasz telefonów. Nie zamierzamy szybko dziś stąd wychodzić, więc czym chata bogata ja stawiam!"
- Tak jakbym potrzebował twoich pieniędzy, tfu! - odpowiedziałem na głos do telefonu, lekko już bełkocząc. Miałem w barku same duże butelki. Litrowa butelka, czterdziestoprocentowej wódki to dużo jak na jednego człowieka o mojej, dość małej wadze. A zostało w niej już tylko na dosłownie dwa łyki. Spojrzałem z rozżaleniem na szkło w którym pływał ognisty płyn. Lekarstwo na brak wzajemności w miłości. I wróciły wspomnienia. W butelce zobaczyłem jej rozmytą postać. Tak jak wtedy, gdy już po tygodniach ćwiczeń zabrałem ją na wycieczkę niespodziankę do Alp.
Obserwowałem ją przez kieliszek z szampanem, jak szła w moją stronę w pięknej czerwonej sukni. Włosy miała spięte z boku w śliczny kok, suknia miała piękne rozcięcie wzdłuż uda.
Wyglądała zniewalająco. Poza wyrazem na jej twarzy. Zniknął nonszalancki uśmiech i pewność siebie. Odczytałem z niej tylko strach i zwątpienie.
- Co się dzieje Marry? Widzę że coś jest nie tak. - zapytałem szybko i starałem się chwycić jej dłoń gdy tylko usiadła naprzeciw mnie.
- John, musimy porozmawiać.
Najgorsze od czego można zacząć rozmowę. " Musimy porozmawiać". Serce stanęło mi w połowie uderzenia, a żołądek zrobił obrót o 180 stopni.
- Możesz mi powiedzieć wszystko, słucham. - odpowiedziałem zatroskany i jeszcze chyba nieświadomie chciałem zaprzeczyć sam sobie, że może to nie dotyczy jednak nas.
- John, nie kocham cię już... - zaczęła niepewnie i gdy zobaczyła moje zdziwienie spuściła wzrok i kontynuowała. - Nie wiem jak to się stało. Jesteśmy ze sobą już 6 lat. Mieszkamy ze sobą, żyjemy i dzielimy wszystko nawet sny, ale....
- Wiesz, że wyrażenie "ale" przekreśla cały sens wypowiedzi przed nim? - przerwałem nagle.
- Daj mi dokończyć! - podniosła już załamany głos i w efekcie w naszą stronę zostało zwrócone większość oczu w restauracji. - Nie kocham cię. Nie możemy ze sobą już być. Dziś jest ostatni nasz dzień w Alpach. Jutro wrócę do domu i zabiorę swoje rzeczy.
Opróżniłem jednym łykiem lampkę szampana, zawołałem kelnera i wyrwałem mu z ręki całą butelkę i szybko kazałem mu odejść.
- Jak to już mnie nie kochasz? Marry, Ms, przecież to niemożliwe, nie możesz się tak po prostu odkochać. Może to jest po prostu mały kryzys. Sprostamy temu razem jak zawsze. - chwytałem się czego mogłem, nie chciałem jej tak po prostu stracić. - Jeśli tu chodzi o mnie to powiedz mi co mam zmienić w swoim zachowaniu i to zmienię tylko błagam, daj mi szansę!
Nie mogłem już powstrzymać łez. Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni czarnego smokingu, czerwone pudełeczko. Ćwiczyłem to tak wiele razy ale nigdy z takim scenariuszem.
- Marry, Kocham Cię. Całe życie na Ciebie czekałem i wszystko co osiągnąłem to twoja zasługa. - otworzyłem pudełeczko odsłaniając szereg małych diamencików zaczepiony na złotym kółeczku.
- Jesteś cudem, który uratował mnie przed autodestrukcją. Podnosiłaś się ze mną po każdym upadku. Zakochałem się w Tobie nawet nie wiedząc jak wyglądasz. Wyśniłem sobie Ciebie i Twoją obecność w moim życiu. Chcę spędzić z Tobą resztę życia. Marry, czy zostaniesz moją żoną? Chcesz dzielić ze mną resztę życia? Zostań moją żoną.
Może to desperacki krok ale planowałem tą wycieczkę i to wszystko tylko z myślą o tym, że będę zaręczony, Jednak ona chciała innego zakończeni.
- Nie John, nie mogę. nie kocham cię już jak mam spędzić resztę życia z kimś kogo nie kocham?
Poczułem łzę na policzku, swoją własną i to właśnie ona wybudziła mnie z kolejnej dawki wspomnień, aby przypomnieć o czymś ważnym.
Wódka. Nie piłem od razu jak ona odeszła, Starałem się cały czas utrzymać. Prowadzić "Armagedon'. Po prostu żyć i nie zatracać się w marazmie. Potem zaczęły się kłopoty finansowe.
Pogubiłem się i moje marznie miało być zamknięte. I wtedy na scenę wkroczył Jeremy. On ocalił klub przed upadkiem. Mnie nie dał rady uchronić przed stoczeniem się na samo dno. Obiecałem, że to potrwa miesiąc nie udało się. Tej nocy pierwszy raz napiłem się czystej wódki. Bez ograniczeń i zbędnego soczku, Tylko wódka. Nie pomagała mi zapomnieć, jednak dawała ulgę w cierpieniu,
- Nie umiem już z Tobą być. Muszę odejść przepraszam.
I odeszła, gdy wróciłem do pokoju hotelowego po bardzo długim spacerze jej i bagaży nie było. Wyjechała, a ja zostałem sam. Sam z bardzo dużą ilością smutku, żalu i zwątpienia w to co się wydarzyło wcześniej. Zapaliłem papierosa, próbując się uspokoić,
Wróciłem do domu, tam też już było psuto. Nawet nie zdawała obie sprawy jak to jest ją stracić. Dom nagle przestał nim być, więc gdy długi były już zbyt wielkie bez żadnych wyrzutów sumienia sprzedałem dom i kupiłem mieszkanie w najbogatszej dzielnicy.
Starałem się do Cibie dodzwonić ale nie odbierałaś. Potem zmieniłaś numer, a ja już zmieniłem towarzystwo na noc. Znalazła się obok mnie szklana butelka i tabletki. Psychotropy.
Odrzuciłem tą nieprzyjemną retrospekcję, Złapałem wódkę, opróżniłem ją i padłem na podłogę. Podpaliłem papierosa. I nadal nie mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie "Gdzie ja popełniłem błąd?
Dlaczego odeszłaś i nic nie wytłumaczyłaś? Nie wiem. Wiem tylko tyle że na pewno mnie kochała. Tylko zgubiła się gdzieś po drodze, ale ja teraz też się pogubiłem i nie mam już sił,
Chwyciłem za żyletkę i jednym długim pionowym rozerwaniem skóry, zaserwowałem sobie śmierć na śniadanie. Odpłynąłem i ostatnim słowem było jej imię. Ostatnią myślą były jej oczy. I przytuliła mnie ciemność.


czwartek, 26 listopada 2015

Nocna spowiedź depresji.

Znowu to samo. Kolejna nieprzespana noc, zalana łzami. Już nawet nie chce mi się pić, ćpać ani zabierać za żyletki. Już nawet na to nie mam sił, Zostaje mi tylko płacz. I w momencie gdy wyrywam już sobie włosy z bezradności zastanawiam się dlaczego płaczę.
Moje myśli toczą ze sobą odwieczną wojnę. Tną mnie domysłami i niepewnościami.
Zastanawiam się co jeszcze mnie tutaj trzyma? Po co nadal tu jestem? Żeby teraz wszystko naprawić, budować cegiełka po cegiełce, a potem wszystko zjebać w jeden dzień?
Zawsze jest tak samo. "Inteligentny z ciebie chłopak" "Jesteś naprawdę super gościem".
Słyszę od ludzi te komplementy, sam w nie nie wierzę. Wiem, że głupi nie jestem. Mimo nieukończonej szkoły. Umiem wypowiedzieć się na każdy temat. W towarzystwie jestem lubiany, najczęściej jestem duszą towarzystwa, ale co z tego?
Gdy nadchodzi noc i już nikt nie patrzy zamieniam się w małego autystycznego chłopca i płaczę.
Nie mam sił na to żeby wstać rano z łóżka. Kroczę przez życie jakbym był pod wodą. Czuję na sobie ciężar każdej podjętej decyzji, każdego razu kiedy byłem dla kogoś błędem.
I mimo, że na ulicach tego zasranego miasta co chwilę wyciągam rękę by przywitać się z kimś kogo imienia nawet nie pamiętam. Jestem samotny. Od tylu lat samotny.
Mam niepohamowany apetyt na uczucia. Na obecność drugiej osoby po przeciwnej stronie łózka. Czekam całe życie na kogoś kto wypełni tą pustkę. Na kogoś kto ze łzami w oczach powie mi, że boi się mnie stracić i zrobi dla mnie wszystko. Kogoś kto pokocha takiego jakim jestem. Kogoś kto przytuli mnie gdy będzie mi źle. Kogoś przy kim nie będę już musiał tak długo płakać. Kogoś kto będzie chciał przy mnie zasypiać i się budzić. I jedynym życzeniem tej osoby będę ja.
Potrzebuję kogoś z kim będę dzielił samotność.
Wydałem własną książkę, tomik poezji, a raczej wydrukowałem. 100 egzemplarzy, około 50 sprzedanych. Reszta leży od miesiąca obok walizki w którą ciągle jestem spakowany.
Nie mam nawet własnego miejsca, nie mam miejsca które mógłbym nazwać domem.
Mieszkam u ciotki na materacu który już nie raz wchłaniał moje łzy i krew z cięć na rękach. Wiecznie spakowany i bez bliższych perspektyw na wypakowanie swoich rzeczy do własnej szafki.
Siedzę w otoczeniu zabawek młodszego rodzeństwa ciotecznego. I z bezradności układam drewniane klocki opróżniając umysł z myśli. Nie widzę przyszłości. Jedyna jaka jest klarowna i wydaje się najodpowiedniejsza to ta gdy idzie za mną tłum ludzi pogrążonych w żałobie i mówiących pochlebiające mi kłamstwa nad trumną. Mimo, że byłem trudnym gnojkiem i zawsze sprawiałem problemy. Jak nie zachlewałem się z kumplami, to potem zacząłem ćpać. Skończyło się ośrodkiem.
Po półrocznym odwyku trafiłem do nowego miasta, całkowicie sam.
Jednak czułem się dobrze. Znalazłem pracę i znajomych. Potem zaczęło się coś sypać.
Patrzyłem na wszystkie te szczęśliwe pary i ludzi rzucających się sobie do gardła z pożądania. I sam tego zapragnąłem. Zacząłem szukać na siłę.
Ale teraz wiem. To tak nie działa,
Wróciłem do siebie. Do mieszkania które kiedyś mogłem nazwać domem. Teraz nie mam tam nawet własnego łózka. Dlatego mieszkam u ciotki. I nie wiem co dalej robić. Nikt mi nie pomaga.
"Jesteś dorosły sam powinieneś sobie radzić!"
A co gdy ja nie chce być dorosły? Może nadal chce mieć prawo wtulić się w kogoś, zasnąć na czyichś kolanach i żeby ten ktoś przeniósł mnie do łóżka? Chce tego. Choć z noszeniem może być problem. Do najniższych nie należę. Jednak nie mam tego. Dlatego co jakiś czas znikam. Uciekam do innego miasta z nadzieją, że może coś mnie w jakimś nowym miejscu zatrzyma. Uciekam i znikam ludziom na parę dni lub tygodni z życia myśląc, że tak będzie lepiej. Nie odbieram telefonów, nie odpisuję, nikt nie wie gdzie jestem i co się dzieje. Szukam wtedy kogoś do dzielenia się moją samotnością. Z reguły wracam do punktu wyjścia z podkulonym ogonem, ze słowem przepraszam na ustach mimo, że chcę krzyczeć, że mi źle, że mam siebie dość, że potrzebuję być kochany. Nie mówię tego. Nikt nie rozumie.
Za każdym razem gdy o tym mówiłem odpowiedź zawsze była taka sama.
"Kiedyś sobie kogoś znajdziesz"
"Masz dopiero 21 lat, masz czas"
A ja mam nieodparte wrażenie, że ten czas mi się kończy. Mam dość czekania i nadziei. Nie umiem już się nasycić nadzieją. Teraz potrzebuję pewności, że ktoś taki jest. A nie mam nawet komu wypowiedzieć swoich obaw, nie mam komu wypłakać się w ramię. Zostają mi tylko noce przepalone papierosami i rozmowy z księżycem, który zawsze doprowadza mnie do płaczu swoim milczeniem.

środa, 25 listopada 2015

Marzenie przyszłości



- Dziwne, no nie?
- Ale co? – zapytała mnie niepewnie.
- Że potrafimy leżeć i nic nie mówić, a ta cisza nie krępuje, nie kaleczy. – odpowiedziałem z głupkowatym uśmiechem.
- To się nazywa miłość, Misiek.
Przekręciła się na bok w moją stronę i obdarzyła mnie jednym z tych uśmiechów. Specjalnych uśmiechów od których miękły mi nogi. I pocałowała nagle, namiętnie i na koniec zostawiła swój podpis przygryzając moje wargi. Uwielbiałem to. Pamiętam pierwsze rozmowy z dziadkiem o związkach. Miałem zaledwie 5 lat, a mimo to od dziecka chciałem być z kimś, mieć powierniczkę tajemnic i snów. Po prostu Kochać na całe życie.
- Dziadku? – zapytałem z tą ciekawością pięciolatka.
- Tak? – już wiedział, że zadam jedno z tych ciężkich pytań na które tylko on umiał mi odpowiedzieć.
- Dlaczego nie przytulasz babci? Widziałem jak kiedyś w parku siedział pan z panią i ona siedziała mu na kolanach, a czemu babcia nie siada na Twoich?
Pamiętam zdziwienie dziadka jakby to było wczoraj. Zawsze zadawałem dojrzałe pytania ale za każdym razem dziadek był zaskoczony tak samo.
- Bo widzisz. Hmm. Jak Ci to by… - wyraźnie strofowany starał się wybrnąć z sytuacji. Lubiłem ten moment kiedy dorośli nie umieli mi odpowiedzieć.
- Ludzie na początku bardzo się kochają i okazują sobie tą miłość w każdy możliwy sposób. Potem miłość dojrzewa i wszystko się zmienia. Zrozumiesz jak dorośniesz…
Nadal nie rozumiem. Poznaliśmy się już 4 lata temu. Mieszkamy razem w Bydgoszczy od trzech lat.    A ja nadal biegnę do mieszkania prosto z pracy, bo wiem, że ona czeka. I gdy oderwała się już od moich warg rozgryzając je lekko. Ja znowu poczułem ten dreszcz na ciele. Zauważyła tą iskrę w moim oku.
- Kocham Cię – szepnęła mi na ucho i nie spodziewanie uderzyła mnie poduszką. Chichocząc głośno zaczęła uciekać do kuchni. Nasze małe mieszkanko. W kuchni nie mieliśmy nawet stołu tylko blat wbudowany w ścianę. Ale ona doskonale wiedziała, że nie ma gdzie uciec. Nigdy nie chciała mi uciec.
- No to teraz się doigrałaś. – odpowiedziałem ze sztucznie poważną miną po czym doskoczyłem do niej z zamiarem odnalezienia jej łaskotek. Tylko ja wiedziałem gdzie je ma.
- Nie, nie, nie! Nie tylko nie łaskocz proszę! – krzyczała przez śmiech.
- Sama zaczęłaś!
Powiedziałem nie przerywając i patrząc z uwielbieniem na jej śliczny uśmiech. Padliśmy ze zmęczenia na ziemie w kuchni i wtuliłaś się we mnie całym ciałem.
- Jesteś moja, nikomu Cię nie oddam. – powiedziałem szeptem.
- To powiedz to całemu światu, bo ja nigdzie się nie wybieram. – odpowiedziała nie odrywając głowy od mojej piersi. – Kocham słuchać bicia twojego serca.
- Jesteś moja, nikomu Cię nie oddam. – powtórzyłem.
- Ej, nie oszukuj! Miałeś to powiedzieć całemu światu! – uderzyła mnie swoją małą piąstką w pierś.
A ja tylko spojrzałem w jej piękne zielone oczy lekko przykryte czarną grzywką, dotknąłem jej twarzy i pocałowałem w czoło.
- Ty nim jesteś. – i tym razem ja pocałowałem ją pierwszy.
Bez opamiętania. Zniknęło wszystko. Czas płynął dla nas inaczej. Wziąłem ją na ręce, ona oplotła mnie ramionami i swoim szarym swetrem z za długimi rękawami i zaniosłem ją do łóżka. Wcześniej wiele razy uprawiałem seks, z wieloma kobietami. Ale z nią pierwszy raz się kochałem i z nią ostatnią będę to robił. Nawet nie zauważyłem kiedy już byliśmy nadzy w sypialni. Spletliśmy się tak jakby ktoś zaraz miał nas na siłę rozdzielić.
Nasze ciała pasowały do siebie idealnie. Każdy ruch był idealny. Płonęliśmy z namiętności. To nie był grzeczny seks. To nie nasza bajka. My kochaliśmy się agresywnie i mocno. Nie oszczędzaliśmy się. Pragnęliśmy siebie tak mocno, że często miałem rany na plecach od jej paznokci ale one nie przeszkadzały. Rzuciła mnie na łózko i przejęła inicjatywę. Jej biodra falowały na mnie niczym przepiękny ruchomy obraz. Przygryzała swoje wargi patrząc mi prosto w oczy. Docisnęła mnie do łóżka jeszcze mocniej. W jej oczach płonął ogień. Gdy schyliła się by mnie pocałować, ja przewróciłem ją na plecy. Byłem w niej nie tylko fizycznie. Łączyliśmy się. Cali płonęliśmy. Byliśmy dla siebie stworzeni. Wiedziałem to od pierwszej wiadomości. Od pierwszego spojrzenia. Uwielbiałem ten moment gdy już płonęła całkowicie. Odpływała i puszczały wszystkie hamulce. Plątanina rąk i uczuć. Czyste pożądanie.
 A gdy już płomień zgasł, ona nadal leżała na mnie. Ja byłem nadal w niej. I jak zawsze gdy już nasze zmęczone oddechy się wyrównały ona wstała. Podeszła do szafy na palcach zalotnie tak jak lubiłem.   I wzięła moją koszule, założyła ją na piękne nagie ciało i stanęła przy oknie. Pięknie wyglądała oświetlona światłem latarni. Zapaliła dwa papierosy jednocześnie.
Wróciła z nimi do łóżka.
- Obiecaj, że mnie nie zostawisz. Nigdy. – odpowiedziała ze łzami w oczach.
Wstałem tylko bez słowa i teraz ja ją obdarzyłem uśmiechem złapałem za rękę tak żeby usiadła na skraju łóżka. Zabrałem jej papierosa. Zaciągnąłem się intensywnie, wypuściłem dym. I nagi przekroczyłem pokój. Sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni i wyciągnąłem z niej pierścionek.
- Miłości mojego życia… - i nie zdążyłem do kończyć, bo rzuciła się na mnie i odpowiedziałaś mi pocałunkiem…
- Kocham Cię i wyjdę za Ciebie choćby nawet jutro. – założyła pierścionek położyła się na mnie i zasnęliśmy na podłodze, ona w mojej koszuli i pierścionku ja ubrany tylko w jej zapach i miłość emanującą z każdego ciała.