- Znowu pije w samotności.- spojrzałem z obrzydzeniem w kieliszek i na swoje roztrzęsione z bezsilności dłonie. Chwyciłem szybko już do połowy opróżnioną butelkę czystej i wziąłem jeden duży łyk. Poczułem gorycz rozpływającą się w gardle. Słodką gorycz, która zabijała poczucie winy.
Znalazłem się ponownie w miejscu, którego chciałem uniknąć. W pustym mieszkaniu. Przy zgaszonym świetle, z flaszką żalu w ręku. Pozwalałem rozstąpić się ciemności tylko na chwilę gdy dwa razy uderzałem w dotykowy ekran telefonu.
Sprawdzałem czy nie przegapiłem wiadomości od niej. Dziś mija dokładnie rok. Rok od kiedy mnie zostawiła. W momencie gdy ja miałem już w kieszeni pierścionek. Planowałem ten wieczór tygodniami. Ćwiczyłem przed lustrem jak mam Ci się oświadczyć.
- Marry, jesteś miłością mojego życia... Nie, nie to zbyt banalne... Marry, pamiętam pierwszy raz gdy Cię ujrzałem...
- John! Wróciłam! - przerwał mi nagle jej piękny i zawsze radosny głos. - Pomożesz mi z obiadem?
- Już idę kochanie! - odkrzyknąłem i pospiesznie schowałem pierścionek do małej kieszonki w jeansach. Schodząc na dół miałem na twarzy uśmiech od ucha do ucha.
Byłem tak podekscytowany całą sytuacją. Spełniało się moje marzenie! Mam kochającą mnie dziewczynę, na prawdę fajny domek jednorodzinny i wymarzoną knajpę na mieście, która przynosiła świetne zyski.
- Co dziś gotujemy? - zaszedłem ją od tyłu, przytuliłem i pocałowałem w policzek.
- Ktoś tu jest chyba bardzo głodny, co?
- Jak wilk! Hauuuu! - głośno zawyłem jak wilk do księżyca.
- Głupek! - uderzyła mnie pieszczotliwie w ramie, pocałowała namiętnie i dodała - Lepiej zajmij się obieraniem cebuli mój Wilczku.
- No nieeee. I znowu będziesz mi mówiła, że nie jestem prawdziwym facetem? Bo prawdziwego faceta byle cebula nie doprowadzi do płaczu? - zapytałem z udawanym przekąsem.
- Jeśli jesteś głodny to nie marudź tylko zabieraj się za obieranie i krojenie cebuli, bekso. - zakończyła z pięknym sarkastycznym uśmiechem, który mógłby być jej wizytówką. To i kręcenie loczka gdy była dla kogoś wredna.
Ze wspomnień wyrwał mnie telefon. Oczy przyzwyczaiły się do totalnej ciemności, więc nagle rozświetlony ekran telefonu mnie oślepił na parę sekund. Przez łzy próbowałem sprawdzić powód pobudzenia mojej małej elektronicznej koleżanki. Gdy zrozumiałem, że potrzeba chwili na przyzwyczajenie wzroku do światła by cokolwiek zobaczyć bezwiednie ściągnąłem następny duży łyk wódki. Gorycz z każdym następnym łykiem była coraz przyjemniejsza.
Spojrzałem na telefon i zauważyłem wiadomość od starego przyjaciela.
"Jeremy pisze: Stary co się z tobą dzieje? Gdzie ty się podziewasz? Od dwóch miesięcy nie ma z Tobą kontaktu. Ja wiem, że ciężko Ci się pogodzić z jej stratą ale musisz zacząć od nowa żyć! Czekamy na Ciebie z chłopakami w "Armagedonie". Chyba jeszcze pamiętasz, no nie? Twój pub który miałem prowadzić za Ciebie ale tylko przez miesiąc? Przypominam, że minęło ich około 8 od kiedy go przejąłem, a Ty już nawet nie odbierasz telefonów. Nie zamierzamy szybko dziś stąd wychodzić, więc czym chata bogata ja stawiam!"
- Tak jakbym potrzebował twoich pieniędzy, tfu! - odpowiedziałem na głos do telefonu, lekko już bełkocząc. Miałem w barku same duże butelki. Litrowa butelka, czterdziestoprocentowej wódki to dużo jak na jednego człowieka o mojej, dość małej wadze. A zostało w niej już tylko na dosłownie dwa łyki. Spojrzałem z rozżaleniem na szkło w którym pływał ognisty płyn. Lekarstwo na brak wzajemności w miłości. I wróciły wspomnienia. W butelce zobaczyłem jej rozmytą postać. Tak jak wtedy, gdy już po tygodniach ćwiczeń zabrałem ją na wycieczkę niespodziankę do Alp.
Obserwowałem ją przez kieliszek z szampanem, jak szła w moją stronę w pięknej czerwonej sukni. Włosy miała spięte z boku w śliczny kok, suknia miała piękne rozcięcie wzdłuż uda.
Wyglądała zniewalająco. Poza wyrazem na jej twarzy. Zniknął nonszalancki uśmiech i pewność siebie. Odczytałem z niej tylko strach i zwątpienie.
- Co się dzieje Marry? Widzę że coś jest nie tak. - zapytałem szybko i starałem się chwycić jej dłoń gdy tylko usiadła naprzeciw mnie.
- John, musimy porozmawiać.
Najgorsze od czego można zacząć rozmowę. " Musimy porozmawiać". Serce stanęło mi w połowie uderzenia, a żołądek zrobił obrót o 180 stopni.
- Możesz mi powiedzieć wszystko, słucham. - odpowiedziałem zatroskany i jeszcze chyba nieświadomie chciałem zaprzeczyć sam sobie, że może to nie dotyczy jednak nas.
- John, nie kocham cię już... - zaczęła niepewnie i gdy zobaczyła moje zdziwienie spuściła wzrok i kontynuowała. - Nie wiem jak to się stało. Jesteśmy ze sobą już 6 lat. Mieszkamy ze sobą, żyjemy i dzielimy wszystko nawet sny, ale....
- Wiesz, że wyrażenie "ale" przekreśla cały sens wypowiedzi przed nim? - przerwałem nagle.
- Daj mi dokończyć! - podniosła już załamany głos i w efekcie w naszą stronę zostało zwrócone większość oczu w restauracji. - Nie kocham cię. Nie możemy ze sobą już być. Dziś jest ostatni nasz dzień w Alpach. Jutro wrócę do domu i zabiorę swoje rzeczy.
Opróżniłem jednym łykiem lampkę szampana, zawołałem kelnera i wyrwałem mu z ręki całą butelkę i szybko kazałem mu odejść.
- Jak to już mnie nie kochasz? Marry, Ms, przecież to niemożliwe, nie możesz się tak po prostu odkochać. Może to jest po prostu mały kryzys. Sprostamy temu razem jak zawsze. - chwytałem się czego mogłem, nie chciałem jej tak po prostu stracić. - Jeśli tu chodzi o mnie to powiedz mi co mam zmienić w swoim zachowaniu i to zmienię tylko błagam, daj mi szansę!
Nie mogłem już powstrzymać łez. Wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni czarnego smokingu, czerwone pudełeczko. Ćwiczyłem to tak wiele razy ale nigdy z takim scenariuszem.
- Marry, Kocham Cię. Całe życie na Ciebie czekałem i wszystko co osiągnąłem to twoja zasługa. - otworzyłem pudełeczko odsłaniając szereg małych diamencików zaczepiony na złotym kółeczku.
- Jesteś cudem, który uratował mnie przed autodestrukcją. Podnosiłaś się ze mną po każdym upadku. Zakochałem się w Tobie nawet nie wiedząc jak wyglądasz. Wyśniłem sobie Ciebie i Twoją obecność w moim życiu. Chcę spędzić z Tobą resztę życia. Marry, czy zostaniesz moją żoną? Chcesz dzielić ze mną resztę życia? Zostań moją żoną.
Może to desperacki krok ale planowałem tą wycieczkę i to wszystko tylko z myślą o tym, że będę zaręczony, Jednak ona chciała innego zakończeni.
- Nie John, nie mogę. nie kocham cię już jak mam spędzić resztę życia z kimś kogo nie kocham?
Poczułem łzę na policzku, swoją własną i to właśnie ona wybudziła mnie z kolejnej dawki wspomnień, aby przypomnieć o czymś ważnym.
Wódka. Nie piłem od razu jak ona odeszła, Starałem się cały czas utrzymać. Prowadzić "Armagedon'. Po prostu żyć i nie zatracać się w marazmie. Potem zaczęły się kłopoty finansowe.
Pogubiłem się i moje marznie miało być zamknięte. I wtedy na scenę wkroczył Jeremy. On ocalił klub przed upadkiem. Mnie nie dał rady uchronić przed stoczeniem się na samo dno. Obiecałem, że to potrwa miesiąc nie udało się. Tej nocy pierwszy raz napiłem się czystej wódki. Bez ograniczeń i zbędnego soczku, Tylko wódka. Nie pomagała mi zapomnieć, jednak dawała ulgę w cierpieniu,
- Nie umiem już z Tobą być. Muszę odejść przepraszam.
I odeszła, gdy wróciłem do pokoju hotelowego po bardzo długim spacerze jej i bagaży nie było. Wyjechała, a ja zostałem sam. Sam z bardzo dużą ilością smutku, żalu i zwątpienia w to co się wydarzyło wcześniej. Zapaliłem papierosa, próbując się uspokoić,
Wróciłem do domu, tam też już było psuto. Nawet nie zdawała obie sprawy jak to jest ją stracić. Dom nagle przestał nim być, więc gdy długi były już zbyt wielkie bez żadnych wyrzutów sumienia sprzedałem dom i kupiłem mieszkanie w najbogatszej dzielnicy.
Starałem się do Cibie dodzwonić ale nie odbierałaś. Potem zmieniłaś numer, a ja już zmieniłem towarzystwo na noc. Znalazła się obok mnie szklana butelka i tabletki. Psychotropy.
Odrzuciłem tą nieprzyjemną retrospekcję, Złapałem wódkę, opróżniłem ją i padłem na podłogę. Podpaliłem papierosa. I nadal nie mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie "Gdzie ja popełniłem błąd?
Dlaczego odeszłaś i nic nie wytłumaczyłaś? Nie wiem. Wiem tylko tyle że na pewno mnie kochała. Tylko zgubiła się gdzieś po drodze, ale ja teraz też się pogubiłem i nie mam już sił,
Chwyciłem za żyletkę i jednym długim pionowym rozerwaniem skóry, zaserwowałem sobie śmierć na śniadanie. Odpłynąłem i ostatnim słowem było jej imię. Ostatnią myślą były jej oczy. I przytuliła mnie ciemność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz